Wyimki z teczki białorękawiczkowego (A)genta (O)pozycji

Narodziny

 

            Lato roku 1980 dość ciepłe było. Po powrocie z wyjazdu do rodziny mojej małżonki Ewy na Górnym Śląsku, z obawami o to czy pociągi będą jechać, z mego balkonu podziwiać mogłem opalające się na kocykach ułożonych w głębokiej trawie (wówczas nie było mody kilkukrotnego jej koszenia wyjącymi kosiarkami) ciała moich sąsiadów, a sąsiadek w szczególności. Czas pozostałej części urlopu wypoczynkowego upłynąłby zapewne w tym miłym nastroju, gdyby nie coraz gorętsze wiadomości napływające z Wybrzeża w poprzek szumu zagłuszarek rozgłośni Radia Wolna Europa i Głos Ameryki. Ich potwierdzeniem były oficjalne dzienniki telewizyjne i prasa, donoszące o „przerwach w pracy”, do jakich dochodzi w różnych państwowych, bo innych wówczas nie było, fabrykach, przedsiębiorstwach i instytucjach. Szczególnie istotne dla mnie było to, że owe informacje właśnie stamtąd pochodzą, bo sam miałem okazję oglądać w czerwcu 1971 roku języki sadzy, jakie zostawiły po sobie płomienie pożaru w Komitecie Wojewódzkim PZPR (Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Pożar, jak zapewne zainteresowanym polską historią wiadomo, powstał w efekcie szturmu protestujących w grudniu 1970 roku na gdańskich ulicach robotników szczególnie do takiego protestu uprawnionych z tytułu zatrudnienia w Stoczni Gdańskiej imienia Włodzimierza Lenina, rosyjskiego przekuwacza marksistowskiej ideologii powszechnej szczęśliwości, opartej na władzy robotników w państwie, będącym jedynym posiadaczem kapitału, w rewolucyjny czyn październikowy, który zgodnie z obowiązującym wciąż w Polsce kalendarzem odbył się w listopadzie 1917 roku. Powstały w jego efekcie Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich po wykrwawieniu się w II Wojnie Światowej w nagrodę od swych zachodnich sojuszników antyhitlerowskiej koalicji dostał wolną rękę do rozszerzenia swego ustroju na praktycznie całym obszarze Środkowej Europy. Z niepokojem więc, mając w pamięci ofiary owego grudnia 1970 obserwowałem rozwój wydarzeń. W końcu z uczuciem ulgi, podobnie jak miliony Polaków oglądałem w telewizji moment uroczystego podpisania porozumienia społecznego władzy reprezentowanej przez wicepremiera Mieczysława Jagielskiego z reprezentującym strajkujących wybrzeżan Lechem Wałęsą.

Kilkanaście dni później ochoczo i bez chwili wahania podpisałem przyniesioną do mego biura przez robotników wydziału utrzymania ruchu deklarację przystąpienia do nowotworzonego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Po wyborach, jakie odbyły się w tym wydziale zostałem przewodniczącym Komisji Wydziałowej, a tym samym członkiem Komisji Zakładowej związku. Jako delegat na zebranie ogólne przedstawicieli brzeskich zakładów pracy, które odbyło się w sali Domu Kultury, wybrany zostałem także do zarządu Międzyzakładowej Komisji Związkowej w Brzegu. I tak rozpoczęła się ma „kariera” białorękawiczkowego agenta opozycji.

     

            1 minuta ciszy = trzydzieści parę godzin

 

            Do późnej nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku oglądałem w telewizji film. Scena jaką zapamiętałem to płynąca po spowitym mgłą jeziorze łódź. W tym momencie obraz z ekranu znikł. Nie próbowałem czekać, aż znów się pojawi i usnąłem. Rano, usadowiwszy się w wannie z pieczołowitością nastawiłem radio, by posłuchać cotygodniowej audycji „Sześćdziesiąt minut na godzinę” autorstwa Jacka Fedorowicza i wspólników. Ale audycji nie było, a z głośnika płynęła muzyka poważna. Gdy zbudziła się dwójka starszych mych dzieci, włączyłem telewizor by mogły obejrzeć tradycyjny niedzielny „Teleranek”. Tego programu też nie było. Był jakiś statyczny obraz i bardzo poważna muzyka. Później z ekranu wyłonił się generalissimus Wojciech Jaruzelski, który bardzo poważnym głosem przedstawiał manifest swej wroniej (Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego) władzy, która dla uratowania mnie i podobnych mi 10 milionów agentów NSZZ „SOLIDARNOŚĆ” postanowiła wypowiedzieć nam wojnę, wprowadzając na terenie całego kraju stan wojenny. Przepisy prawne, jakie WRON-a wprowadziła zakazywały działalności wszystkich związków zawodowych, strajków, militaryzowały zakłady pracy, przerywały łączność telefoniczną, zakazywały bez specjalnego zezwolenia ruchu prywatnych pojazdów, poruszania się publicznymi środkami komunikacji poza obręb województwa oraz poruszania się w godzinach nocnych od 22 do 6 rano. Do ich egzekwowania zobowiązana została MO, SB wraz z rezerwowymi formacjami tych służb oraz Ludowe Wojsko Polskie.

            Pierwsze dni tego stanu zastały mnie w dość komfortowej sytuacji, bo ze względu na niedawne przyjście na świat mej drugiej córki byłem na urlopie. Nie musiałem zatem 14 grudnia stanąć oko w oko z zaskoczonymi tą sytuacją kolegami, którzy musieli rozstrzygnąć, czy zacząć przewidywany na taką okoliczność strajk generalny, czy poddać się tym rygorom i rozpocząć pracę. Ale ze swymi związkowymi kolegami spotykaliśmy się po wieczornych mszach świętych w kościele Podwyższenia Świętego Krzyża. Z nasłuchu wspomnianych wcześniej radiostacji wiedzieliśmy mniej więcej co dzieje się w kraju, a z osobistych kontaktów, co spotkało niektórych z naszych kolegów. A działo się tu i tam nieciekawie. W kraju niektóre z większych zakładów strajkowały, a zbrojne wronie ramię owe strajki pacyfikowało. Tu zaś trwała cisza, ale równocześnie wiadomo nam było o losie kolegów, którzy w ową mroźną noc z 12 na 13 grudnia zostali internowani, przy czym w przypadku Czesława Willanda, szefa związku w FMR AGROMET zatrzymanie to wyglądało jak bandycki napad na mieszkanie.

            O ile mnie pamięć nie myli w poniedziałek 14 grudnia po wieczornej mszy w kościele Podwyższenia Świętego Krzyża pojawiła się propozycja zorganizowania w środę 16 grudnia, czyli w 11 rocznicę grudniowych wydarzeń na Wybrzeżu, minuty ciszy w samo południe dla uczczenia ofiar tych wydarzeń. Następnego dnia pojawiłem się zatem jako urlopowicz w zakładzie i z kilkoma zaufanymi osobami na ten temat rozmawiałem. Nie widziałem sam, jak ta akcja w mym zakładzie wypaliła, ale po południu pod mą nieobecność pojawiło się w mieszkaniu dwóch „kolegów z pracy”, którzy koniecznie chcieli się ze mną zobaczyć. Wracali kilkukrotnie. Gdy małżonka opowiedziała mi o tym po mym powrocie do domu, domyśliłem się, że musieli to być smutni panowie z SB i wiedziałem, że ich wizyta się powtórzy. Po dwudziestej drugiej usłyszałem, co było bardzo łatwe wobec powszechnie panującej ciszy, zajeżdżający pod blok samochód. Był to biały Fiat 125p bez żadnego oznakowania. Wtedy przeżyłem „najszczęśliwszą chwilę życia”, jak w opowiadanym podczas stanu wojennego dowcipie. Usłyszałem stukot butów, który ominął me drzwi i uniósł się piętro wyżej. Jak dowiedziałem się później przejęci zbyt mocno swą rolą milicjanci ominęli me drzwi oznaczone „12” i załomotali pod „13”. Po otwarciu przez gospodynię wpadli do sypialni i zażądali dowodu osobistego od mego sąsiada, który już przebrany był do spania. Czytać chyba umieli, więc po pewnym czasie usłyszałem znów na schodach tupot, który znów ominął me drzwi i zakończył się gdzieś na parterze czterokondygnacyjnego bloku. Po chwili tupot znów zaczął narastać i w końcu rozległo się łomotanie w me drzwi. Gdy je otworzyłem zobaczyłem trzech umundurowanych milicjantów. Z milicji jesteśmy – powiedział któryś z nich. Przecież widzę – mruknąłem i zaprosiłem ich do większego z pokoi, na podłodze którego walała się sterta dziecięcych zabawek, których nie chciało nam się, przygnębionych trwającym stanem sprzątać. Pan się ubiera i pójdzie z nami – powiedział któryś z milicjantów. Panowie wiem, że jest stan wojenny, ale jakiś papierek powinniście mieć – odparłem. Pan niech nie dyskutuje i idzie z nami – usłyszałem odpowiedź. Na jak długo zabieracie męża – zapytała małżonka. Sprawa się wyjaśni i mąż jutro wróci – usłyszała w odpowiedzi. Gdy wychodziłem na klatkę schodową jeden z milicjantów poszedł przodem a dwóch za mną. Nie musicie mnie tak pilnować – powiedziałem. Teraz są modne ucieczki, szczególnie zygzakiem – usłyszałem w odpowiedzi. Gdy dojeżdżaliśmy do skrzyżowania mej ulicy z Poprzeczną zauważyłem i oczywiście milicjanci również czerwone światło latarki, jaką machał stojący w okolicy ówczesnej rosyjskiej szkoły przy 1-Maja żołnierz. Co ten sk...syn nas będzie zatrzymywać – rzucił któryś z milicjantów. Pomyślałem, co to za wspólna wojna, skoro ci wypasieni i rozparci w samochodzie bykole tak traktują bidnego wystawionego na mróz chłopaka. Chyba jednak on był na pierwszej linii frontu, a nie oni. Cholera jeszcze się nie zatrzymają i chłopak wygarnie ze swej pepeszy, przeszło mi przez głowę. Samochód się jednak zatrzymał. Żołnierz oświetlił latarką wnętrze i pozwolił jechać. Po dojechaniu na komendę MO przy Robotniczej wprowadzono mnie do pokoju na przeciwko dyżurki. Jakiś milicjant spisywał zatrzymaną kobietę. W końcu któryś zaczął spisywać mnie. Jego długopis nie chciał pisać, ale oferowanego mego nie przyjął. Po dokonaniu tej czynności odprowadzono mnie do milicyjnego aresztu. Profos umieścił mnie w celi, w której obie prycze były już zajęte, a ja swój siennik ułożyłem na podłodze pod oknem. Obaj zatrzymani byli chyba po spożyciu i wciąż coś mamrotali. Jeden z nich bezskutecznie domagał się wyprowadzenia do toalety waleniem w drzwi i w końcu wyrzucił zawartość żołądka na podłogę pod drzwiami.

            Rano po otwarciu drzwi celi zobaczyłem w nich twarz mego sąsiada z klatki, który pełnił obowiązki profosa. Za chwilę przeniósł mnie do innej celi. Gdy w niej przebywałem usłyszałem znajomy kobiecy głos. Przez judasza w drzwiach celi upewniłem się, że to pracownica księgowości, z którą rozmawiałem na  temat „minuty ciszy”. Wieczorem przed wyjściem do domu, mój sąsiad szeptem zapytał, co ma przekazać małżonce i co z domu nazajutrz przynieść. Powiedziałem, że nic się nie dzieje, nikt mnie nie przesłuchiwał, dałem swą obrączkę, uzasadniając, że nie wiadomo kogo do celi może przynieść. Poprosiłem też o coś do jedzenia i papierosy. Mój sąsiad nie zapalając światła na klatce schodowej, zapukał do drzwi mego domu. Przekazana obrączka wywołała niepokój małżonki, ale zaufała mu i przekazała jedzenie i papierosy. Rano po raz kolejny przeniósł mnie do innej celi, w której siedział ś.p. Piotr Ciollek, działacz związkowy z AGROMETU. Przekazał też jedzenie i papierosy. Piotr był dość mocno podłamany i rozważał, czy nie czeka nas przejażdżka na „białe niedźwiedzie”.  Tłumaczyłem mu, że mimo wszystko to już nie te czasy,a co najwyżej może czekać nas „internowanie”, jak wielu innych działaczy związkowych. Chyba gdzieś już po południu zostałem doprowadzony do pokoju przesłuchań, mieszczącego się w drugim z milicyjnych budynków, dziś przekształconym w budynek mieszkalny. Zakładowy opiekun z ramienia SB, Marian Bromboszcz, zaczął pytać mnie o organizowanie minuty ciszy. Potwierdziłem rozmowę z kilkoma osobami z zakładu na ten temat, w tym także z przebywającą pod celą pracownicą  księgowości. Wymieniałem tylko te osoby, o których przypuszczałem, że w przyszłości nic już nie będę z nimi w sposób dyskretny organizował. No to teraz podpisz ten dokument i pójdziesz do domu. Dał mi wydrukowane oświadczenie o zaniechaniu prowadzenia działalności szkodliwej dla interesów PRL. Odpowiedziałem, że tego nie uczynię, ponieważ takiej działalności nie prowadziłem. Wówczas Bromboszcz opuścił na dłuższą chwilę pokój. Z łomotem otwieranych drzwi wspomaganym tupotem buciorów wpadł do pokoju jakiś nieznany mi esbek. Zaczął wrzeszczeć: Jak to nie prowadziliście działalności szkodliwej dla interesów PRL. Organizowaliście strajki. Gdzieś ktoś kupił za ciasne buty, a wyście strajk organizowali. Ludziom pistolet przykładaliście do skroni, żeby strajkowali. Patrzyłem na niego, jak patrzy się na wariata. Gdy skończył wrzeszczeć odpowiedziałem: Broni do ręki w ogóle nie biorę, nawet w wojsku nie byłem. Jak organizowałem strajki, to miałem do tego prawo. A teraz wyjdź pan, bo nie będę z panem rozmawiać. Facet wyszedł. Po pewnym czasie wrócił Bromboszcz. Panie Andrzeju jak pan nie chce podpisać tego oświadczenia to niech pan napisze oświadczenie dlaczego pan tego nie chce podpisać. Napisałem zatem oświadczenie o następującej mniej więcej treści: Oświadczam, że nie mogę podpisać oświadczenia o zaniechaniu prowadzenia działalności szkodliwej dla interesów PRL, ponieważ działalności takiej nie prowadziłem, a to co robiłem, robiłem dla dobra ludzi pracy. Bromboszcz pouczywszy mnie jeszcze o obowiązku zachowania w tajemnicy treści przesłuchania odprowadził mnie pod celę, skąd po pewnym czasie wypuszczono mnie do domu.

 

            Co Zachód o tym powie?

 

            Siedzący przy biurku z mej lewej strony Zdzisław Majecki był członkiem PZPR. Jednak po wprowadzeniu stanu wojennego na wiosnę 1982 roku postanowił z partii wystąpić. Złożył swą legitymację sekretarzowi Komitetu Zakładowego PZPR. Jakoś w drugiej połowie kwietnia ten wezwał go na rozmowę. Zdzichu poszedł. Nie było go dość długo. Gdy wrócił zaczął opowiadać. Przekonywał go sekretarz do zmiany tej decyzji. Trwało to dość długo i Zdzisław jak mówił był już skłonny swą rezygnację wycofać. Ale wtedy sekretarz mówi do niego: Widzisz, zbliża się 1-Maja, Święto Pracy. Partyjni muszą pójść na pierwszomajowy pochód obowiązkowo, bo inaczej, kto by na pochód poszedł, i co by na to Zachód powiedział? Zdzichowi było dość i legitymacja u sekretarza została.

            1 Maja po mszy w kościele Św. Mikołaja wychodzę wyjściem od obecnej ulicy Długiej, trzymając za rękę czteroletniego syna Stefana. Franciszek Kotecki z Garbarni rzuca żartem – A może jakiś kontrpochód zorganizujemy. Również żartem odpowiadam – Ja z synem już idę. Nie wiem czy owe żarty, czy też wspomniane porzucenie szeregów PZPR przez Zdzicha spowodowały, że dzień czy dwa później wczesnym rankiem budzi nas dzwonek. Ze trzech smutnych panów zaczyna przekopywać szafy i inne meble, szukając czegoś, czego oczywiście nie ma. Później tradycyjna droga na Robotniczą. Na drugi bodaj dzień wracam do domu.

 

            Nyskie wakacje

 

            Na 13 maja 1982 roku podziemne władze związkowe wzywają do krótkiego strajku w samo południe. W różnych brzeskich zakładach wezwanie zostało zaakceptowane i rzeczywiście w południe stanęła większość maszyn, a pracownicy umysłowi rozsiadłszy się wygodniej na swych stołkach rozpoczęli prywatne pogaduszki, odsuwając papierzyska nad którymi ślęczeli. Efekt nastąpił dzień czy dwa później znów w postaci dzwonka we wczesnej godzinie rannej. Przybyli milicjanci nie próbowali niczego szukać, lecz wręczyli mi papier podpisany przez ówczesnego komendanta wojewódzkiego MO Juliana Urantówkę, stwierdzający, że na podstawie dekretu o stanie wojennym podlegam internowaniu, Mówię do nich – W porządku. Wracajcie panowie do Komendy, a ja stawię się u Was 18 maja. Taka bowiem data dnia, który jeszcze nie nadszedł, na papierze widniała. Milicjanci poczuli się nieco skonsternowani, ale wyjaśnili, że mają rozkaz natychmiast po otrzymaniu decyzji ją wykonać, a dokument na pewno zostanie poprawiony. Nie było się co spierać i spokojnie, na co pozwolili, spakowałem przydatne rzeczy i przybory i na komendę z nimi pojechałem. Spotkałem tam Tadeusza Śliwińskiego z komisji zakładowej brzeskiej oświaty. Atmosfera na komendzie była wtedy zupełnie odmienna od wcześniejszej grudniowej, gdy jej drzwi strzegł uzbrojony w pepeszę funkcjonariusz z milicyjnej rezerwy. Teraz, ponieważ musieliśmy czekać na kogoś, kto nas spisze, wyszliśmy spokojnie na zewnątrz, gdzie mogliśmy wystawić twarze na słońce.

            Gdy pakują nas do więźniarki, która zawieźć ma nas do Nysy okazuje się, że internowanych jest czterech. Poza wspomnianym Tadkiem Śliwińskim jest to robotnik z AGROMETU Ryszard Ludka oraz z MEPROZETU Janusz Kędzia. Po dojechaniu na miejsce i przejściu rutynowych procedur klawisz doprowadza nas na drugie piętro pawilonu nyskiego więzienia i przydziela nam miejsca w celach. Cele są pootwierane, więc towarzysze niedoli witają nas bez przeszkód. Dla nich nowi internowani to powód do radości raczej niż do smutku. Radość, bo są ludzie, którzy mogą opowiedzieć co na „wolności” się dzieje. Radość, bo to dowód na to, że mimo wronich wysiłków opór przeciw komunistycznemu reżimowi trwa. Celowo umieściłem słowo wolność w cudzysłowie. W pewnym sensie bowiem prawdziwa wolność panuje właśnie tam za kratkami, gdzie toczą się swobodne dyskusje, gdzie praktycznie nie istnieje zagrożenie, że jakieś zachowanie spowoduje poza normalnymi więziennymi karami jakieś zagrożenie dla nas. To drugie piętro więzienia o zliberalizowanym rygorze, bo przeznaczonego dla młodocianych i kończących odsiadki więźniów, którzy we wcześniejszych miejscach odosobnienia wykazali się dobrym sprawowaniem, przeznaczone jest dla internowanych mieszkańców Opolszczyzny. Spotykamy więc oczywiście brzeżan. Są wspomniani wcześniej Czesław Wiland i Piotr Ciollek z AGROMETU. Jest też Zdzisław Grzesiak z brzeskiej ciepłowni. Są działacze związkowi z wszystkich praktycznie miast Opolszczyzny. Opole reprezentowane jest między innymi przez Boguława Bardona, Jarosława Chołodeckiego, Zbyszka Bereszyńskiego, Wiesława Ukleję i Antoniego Klusika. Kędzierzyn to Antoni Szota i (??) Staniszewski. Z Kluczborka jest lekarz Jan Głąb i ojciec z synem, których nazwisko uciekło z mej pamięci. Ojciec był chyba dyrektorem którejś ze średnich szkół, a syn jeszcze uczniem. Głubczyce to Jakub Forystek. Głuchołazy to nazywany przeze mnie dziadkiem ze względu na swą posturę Stanisław Tkacz. Niedługo po nas trafili też tu nysanie, wcześniej internowani w innym ośrodku, Janusz Smagoń i Janusz Sanocki. Trzecie piętro pawilonu, z którym nie mamy bezpośredniego kontaktu to miejsce internowania wrocławian. Na dziś pamiętam docenta chyba wówczas, a dziś profesora Jerzego Przystawę, gorącego orędownika jednomandatowych okręgów wyborczych, Mieczysława Zlata, autora albumów prezentujących piękno ziem południowo – zachodniej Polski, Władysława Szwieca z zagłębia miedziowego i Jakuba Malskiego. Dwaj ostatni byli chyba zresztą umieszczeni na opolskim piętrze. Trafił się też gdańszczanin Bogdan Żurek. Z wrocławianami spotykamy się czasem na spacerniaku, o ile klawiszom przyjdzie do głowy połączyć czas przeznaczony na spacer dla obu grup. Spacerniak to prostokątny plac, którego jedną ścianę stanowi nasz pawilon, a  trzy pozostałe więzienny mur z umieszczonymi w dwóch narożach wieżyczkami strażników. Na środku placu umieszczono boiska do siatkówki i koszykówki, z czego dość często korzystaliśmy, choć w początkowym okresie klawisze preferowali tradycyjny więzienny spacer parami wokół tych boisk.

            Jako przybywającemu w środku maja 1982 roku do internatu wydała mi się nieco dziwna toczona tam wówczas właśnie ożywiona dyskusja dotycząca przyszłości związku. Pojawiły się w niej dwie różne postawy. Jedna to ograniczona jawna działalność związkowa po przyjęciu sugerowanych przez władzę ograniczeń i zawarciu z nią porozumienia. Zwolennicy tej ścieżki uzyskali miano „kadłubkowców”. Drugi nurt to łączona także z obecnymi w związku przedstawicielami środowisk niepodległościowych kategoryczna odmowa jakiejkolwiek współpracy z władzą i kontynuowanie podziemnej działalności związku do czasu, gdy władza zmuszona zostanie do ustępstw. Wyznający te poglądy określani byli jako „ekstrema”. Echa tego podziału w internatowym bractwie pojawiły się podczas dyskusji nad ogłoszeniem przez internowanych głodówki. Ekstrema generalnie była za, a kadłubkowcy mieli swe wątpliwości. Pozwoliłem sobie wówczas zwrócić uwagę na to, że taka forma protestu przeciw bezprawnemu stanowi wojny z własnym społeczeństwem podjęta przez nas internowanych ma duże znaczenie dla tych, którzy zostają po drugiej stronie krat i codziennie stają przed koniecznością dokonywania trudnych wyborów pomiędzy uległością wobec rzeczywistości a próbą jej zmiany. Nasza akcja może mieć szczególne znaczenie właśnie dla nich. Ostatecznie decyzję o głodówce podjęto.

            Akcja głodówkowa rozpoczęta została gremialnym wystawieniem przed cele więziennych misek i sztućców. Reakcją jaką zresztą można było się spodziewać była odmowa widzeń z rodzinami, które normalnie odbywały sie dwa razy bodaj w tygodniu. Gdy rodziny zebrały się przed więzienną bramą jedyną reakcją klawiszy było stwierdzenie, że widzeń nie ma. Okna celi z drugiej od spacerniaka strony wychodziły na ulicę Szlak Chrobrego, wzdłuż której płynie Nysa Kłodzka. Po wejściu na wał można było zobaczyć nas internowanych i starać się krzykiem porozumieć. Alicja, małżonka Tadeusza Śliwińskiego, będąca wówczas w zaawansowanej ciąży po usłyszeniu, że odmowa widzeń spowodowana jest głodówką, zapytała Tadka, jak długo głodówka potrwa. Spontaniczna odpowiedź Tadka „do deski” spowodowała  przynajmniej w brzeskim środowisku spore zamieszanie. Chyba zresztą nie tylko w brzeskim środowisku głodówka wywołała reakcję. Nie wspominałem wcześniej o praktykach religijnych, jakie miały miejsce w internacie. W każdą niedzielę i święto w więziennej świetlicy odprawiana była msza święta przez proboszcza z leżącego tuż obok więzienia kościoła. Rano i wieczorem natomiast na korytarzu odbywaliśmy wspólną modlitwę kończoną śpiewem, który docierał bez przeszkód przez otwarte okna na wspomnianą wyżej ulicę, powodując często zatrzymanie się przechodzących nią o tej porze osób. Gdzieś chyba w drugim tygodniu naszej akcji wypadało święto Zesłania Ducha Świętego. Dla nas stało się szczególnie pamiętne, ponieważ do internatu przybył opolski biskup Alfons Nossol. W swej homilii poświęconej obecności Ducha Świętego, wspomniał o szczególnym znaczeniu tego dnia dla niego właśnie, w swej pracy naukowej zajmującemu się właśnie tym tematem. Nawiązał również jednak do prowadzonej przez nas głodówki, delikatnie napominając nas za działanie na niekorzyść naszego zdrowia. Prawie tak samo delikatnie jak biskup usiłowali od głodówki odwieść nas esbecy, którzy dysponowali jedną z cel, do której zapraszali poszczególnych internowanych na rozmowy. Esbek pytał mnie, po spełnieniu jakich moich życzeń byłbym skłonny głodówkę przerwać. Odpowiedziałem, że jedynie odwołanie stanu wojennego i przywrócenie możliwości normalnego działania związku mogłyby mnie do tego skłonić. Esbek zwrócił wówczas uwagę na to, że on sam takich zapewnień złożyć nie może, bo działa na zlecenie obecnej władzy, dodał jednak filozoficznie, że tacy jak on potrzebni są każdej władzy.

            Niektórzy z głodujących podjęli bardziej wyniszczającą formę prowadzenia głodówki, polegającą na rezygnacji z przyjmowania napoi. Po pięciu czy sześciu dniach ich organizm był już znacznie osłabiony. Tak stało się z Januszem Smagoniem. Została wezwana karetka pogotowia, która odwiozła Janusza do nyskiego szpitala. Janusz swój pobyt w szpitalu, gdy już nieco wydobrzał, wykorzystał do urywania się z niego na noc i odwiedzania swego domu. Opiekę nad nami w czasie tej głodówki sprawował wspomniany wcześniej, sam także głodujący lekarz Jan Głąb. Pojawiała się też regularnie pielęgniarka z więziennej izby chorych. Głodujący powoli jeden po drugim podejmowali decyzję o zakończeniu protestu, powodując zresztą znaczny dyskomfort kontynuujących protest, szczególnie zapachem przygotowywanych posiłków. Deski szczęśliwie żadnej nie było, ale z punktu widzenia oddziaływania na otoczenie ten protest uznać chyba należy za udany.

            Poza wspomnianymi wyżej zbiorowymi praktykami religijnymi ważną rolę w utrzymywaniu ducha internowanych grały dwie rzeczy. Pierwsza to różnego rodzaju dyskusje, szkolenia. Korzystano przy tym z wiedzy osób osadzonych. Druga to różnego rodzaju zajęcia sportowe. Na boisku spacerniaka rozgrywane były pojedynki w siatkówce i koszykówce, choć te ostatnie nie były zbyt udane ze względu na klepiskową nawierzchnię. Swych zwolenników miał też ustawiony w świetlicy stół pingpongowy i mały stół bilardowy umieszczony w pustej celi, tuż obok mojej. Rano, przygotowawszy sobie śniadanko czekaliśmy, aż strażnik otworzy cele dla sprawdzenia obecności i przenosiliśmy się do czasu powtórnego otwarcia cel do salki bilardowej. Kunsztem w tej grze wyróżniał się opolanin Bogusław Bardon. Rozgrywano także mnóstwo partii szachowych i brydżowych. Tu jako partnerów pamiętam Stanisława Tkacza, Czesława Wilanda i Tadeusza Śliwińskiego. Jak już wspominałem przy opisie naszego przybycia, w tym okresie stanu wojennego w dzień cele pozostawały otwarte. Nieliczne zamknięcia miały miejsce jedynie wówczas, gdy szykowano tak zwany „kipisz”, czyli przeszukiwanie cel. Na noc cele zamykano, a my musieliśmy wystawić na zewnątrz obuwie. Tak nie było oczywiście na początku stanu wojennego, gdy internowani cały dzień przebywali w zamknięciu.

            Widzenia odbywały się w salach przeznaczonych na klasy szkoły dla młodocianych. Siadaliśmy zatem przy szkolnych stolikach i prowadziliśmy rozmowy z najbliższymi. Gdzieś w kącie sali czuwał jeden z klawiszy, ale nie można powiedzieć, by były to widzenia pod szczególnym nadzorem. Przed i po widzeniu czekały natomiast zarówno osadzonych, jak i odwiedzających atrakcje w postaci przeszukań. Tu dwie historie z tym związane. Po jednym z widzeń stojący w kolejce przede mną kolega położył dyskretnie na mej torbie butelkę wódki. Po przeszukaniu jego rzeczy butelka równie dyskretnie znalazła się z powrotem u właściciela. W zamian miałem mieć udział w jej konsumowaniu. Po powrocie na nasze piętro nakazano jednak zamknąć cele i właściciel butelki spodziewając się „kipiszu” wspólnie z towarzyszami spod celi postanowili tego cennego w tych warunkach płynu na utratę nie narazić i wypełnili nim własne wnętrza. Udała się natomiast próba przemycenia płaskiej piersióweczki rodzicom Tadeusza Śliwińskiego, choć związane z tym okoliczności zasługują na wspomnienie. Przed wejściem do więzienia mama Tadeusza prosiła swego męża by schował tę butelkę pod pachę. Świętej pamięci Piotr Śliwiński w tym momencie miał chyba jakieś przeczucie, bo do swej małżonki mówi: Wiesz Albińciu, ja to raczej pechowy jestem. Schowaj to sama. I rzeczywiście przy wejściu do wewnątrz klawisz kazał mężowi podnieść ręce do góry, podejrzewając, że coś ma ukryte pod pachą. Ale alkohol, który także próbowano wytwarzać we własnym zakresie z owoców dostarczanych przez rodziny, to nie jedyne rzeczy, jakie tym, a zapewne i innymi kanałami w obie strony przemycano. Trafiała do nas bibuła z zewnątrz, w jednej z cel funkcjonowało ukryte staranie radio, na zewnątrz zaś trafiały nasze oświadczenia, apele i wytwory podziemnej grafiki i metaloplastyki (krzyżyki wykonywane z monet). Sam odebrałem kiedyś gruby chyba na centymetr o rozmiarach dużej kartki papieru kawał gumy, potrzebnej do produkowania stempli drukarskich.

            Za pośrednictwem rodzin docierało do nas sporo żywności, tak że nieurozmaicone więzienne więzienie dostarczane przez kończącego odsiadkę starszego więźnia znalazło również w części inne przeznaczenie. Z otrzymywanej margaryny wytwarzane były znicze, które wieczorem każdego trzynastego dnia miesiąca zapalały się w naszych oknach powodując nerwową reakcję strażników. Podczas jednych z odwiedzin dostałem całą paczkę świec stołowych, ale przy powrocie na oddział odkrył je w mej torbie klawisz i niestety w oknach nie zapłonęły. Wśród żywności i innych produktów sporą część stanowiły rzeczy pochodzące z zagranicznej pomocy, jaka do kraju docierała. Docierała także bezpośrednio do nas. Mogliśmy więc dla przykładu odwiedzające nas rodziny obdarować dużymi charakterystycznymi pakami proszku do prania, pachnącymi mydłami lub pastami do zębów, czy też papierosami. Doczekaliśmy się także po naszej głodówce wizyty przedstawicieli szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, którzy badali szczegółowo warunki naszego bytowania, oraz przepytywali o represje i szykany jakie dotykały osób bliskich pozostających poza murami. Otrzymywaliśmy także korespondencję i to zarówno od osób bliskich, jak i nieznajomych, którzy krótkimi słowami starali się dodać nam otuchy. Szczególnie zapamiętałem dwie takie kartki. Jedną od mego brata Tadeusza, który znalazł w kiosku kartkę pocztową z wieżyczkami niemieckiego obozu zagłady Auschwitz i zaadresował na obóz internowanych. Cenzura wycięła słowo „obóz” z adresu, ale wymowa kartki i tak była oczywista. Druga to krótkie pozdrowienia od mężczyzny z Szubina pod Bydgoszczą, który chyba zapamiętał mnie z mego pobytu w tym miasteczku jeszcze w dzieciństwie. Spędzałem wówczas część wakacji u mieszkającego tam mego chrzestnego.

            Wspomniany wcześniej Janusz Sanocki, który przed stanem wojennym był szefem miejskiej organizacji związkowej sprawiał więziennej władzy i esbekom zapewne sporo kłopotów. Postanowiono więc o przeniesieniu go do innego obozu internowanych. Wywołało to naszą reakcję. Uczciliśmy wyprowadzanie Janusza gromadząc się na korytarzu i protestując zarówno głosem jak i dźwiękami szczególnie przydatnych do tego celu więziennych naczyń. Reakcją klawiszy było zamknięcie na krótko cel.

            Zbliżał się 22 lipca, wówczas święto państwowe i spodziewano się, że dla poprawy swego wizerunku WRONA uwolni znaczną część internowanych i więzionych. Dla nas dzień ten oznaczał co prawda rocznicę instalacji w naszym kraju obcej, pochodzącej z komunistycznego nadania władzy, ale ona w swej łaskawości uszczęśliwiła nas w tym dniu nie widzianymi od dawna na więziennym talerzu ziemniakami, wcześniej zastępowanymi bądź tak zwanym „betonem”, czyli rozgotowanym grochem, bądź kaszą. Towarzyszyła im pieczeń wieprzowa, której wcześnie także nie serwowano, a szczytem dań mięsnych był mielony. 24 lipca znaczną część internowanych rzeczywiście zwolniono. Po odebraniu naszych depozytów i spakowaniu rzeczy, które mieliśmy ze sobą, otrzymujemy dokument zwolnienia. Tu też objawił się element bałaganiarskiego podejścia władz, bo na części zwolnień brak pieczęci. Ci, którzy je dostali, odmawiają opuszczenia więziennych murów i domagają się by dokumenty pieczęciami uzupełniono. Po wyjściu pierwsze kroki kierujemy na gościnną plebanię naszego kapelana, leżącą nieopodal więziennych murów. Czeka na nas herbata i ciasto. Wędrujemy następnie na dworzec, a na skwerze przed nim konsumujemy po piwku, którego szczególnie w minionych miesiącach brakowało jego miłośnikom. W pociągu urządzamy jeszcze koncert pieśni obozowej dla współpasażerów. Śpiewamy między innymi:

A gdy cię zdradzi miła dziewczyna,

To ty się bracie z tego śmiej.

W miłej kompanii napij się wina

I bolszewika w mordę lej.

Niektórzy z współpasażerów cieszą się z nami. Inni rozglądają się dyskretnie, jakby z naszego towarzystwa się ulotnić. Na dworcu w Brzegu oczekują nasi przyjaciele. W domu, nie bardzo wiedzące, jak przyjąć tego pana z brodą, którego ponad dwa miesiące nie było, dzieci. Reakcją dwójki starszych Stefana i Ani, które zresztą dwa lub trzy razy mnie w Nysie odwiedzali jest jednodniowa gorączka, której nie towarzyszą jakiekolwiek inne oznaki choroby. Wspominam o tym, bo przecież mimo optymistycznego tonu tego wspomnienia po drugiej stronie krył się nasz osobisty lęk i obawy jakich doświadczali najbliżsi.

 

            Kąśliwy „KORNIK”

 

            Pod koniec pierwszej dekady listopada znów rozlega się poranny dzwonek. Kilkuosobowa ekipa zaczyna przekopywać mieszkanie. Są tym razem dość dokładni. Schodzą ze mną nawet do niewielkiej piwnicy. Dalej, gdy przeszukiwanie kończy się fiaskiem, a przygotowana przez małżonkę herbata wypita, sprowadzają na dół do samochodu. Jedziemy, choć nieco dziwnie, bo nie skręcamy na dzisiejszą Jana Pawła II, ale dalej prosto, by następnie przez Chrobrego i obecną Armii Krajowej, dojechać na Robotniczą. Stamtąd wyjazd do Opola. Wprowadzają do olbrzymiego gmachu KW MO. Prowadzą labiryntem korytarzy do pokoju przesłuchań. Prowadzi je rudzielec, niejaki Krajewski. Zaczyna dopytywać mnie o jakieś tajne spotkania związkowe, w których ponoć miałem brać udział. Odpowiadam, że odkąd wprowadzili stan wojenny, to moja pamięć stała się wybiórcza i pamiętam jedynie rzeczy złe. Stwierdza, że tej niepamięci nauczyliśmy się w obozach internowania. Odpowiadam, że sami nas do nich wsadzili, więc skutki tego to ich a nie moja wina. Późnym popołudniem ląduję w podziemnym areszcie. Warunki najgorsze, z jakimi się do tej pory zetknąłem. Totalny brak dziennego światła, śmierdzący kubeł, brak wody w celi. W Brzegu wody w celach też nie ma, ale nie ma też i kubłów, a w dzień przez okienka sączy się światło. Na następny dzień kolejne przesłuchanie, znów bez efektu. Po południu Krajewski jeszcze raz wzywa mnie do siebie. Narzeka, że przeze mnie musi walić nadgodziny i zjadać obiad ze stołówki. Mówi, że „Solidarność” zabiła mu ojca, który zmarł jego zdaniem z powodu niewłaściwej opieki solidarnościowego szpitalnego personelu. Powrót zatem do celi i kolejna nocka. Po śniadaniu kolejna sesja z Krajewskim. W końcu pożegnanie. Pada zapowiedź: Teraz pojedziesz gdzie indziej i ktoś inny będzie się z tobą męczył. Wracam pod celę. Chyba trafię do prokuratora, myślę. Przychodzi klawisz: Zbieraj się. Zabieram rzeczy. Przekonany, że przewożą mnie do prokuratury, by postawić mi zarzut i dalej móc trzymać, zapominam o kwicie z depozytu. Klawisz wyprowadza mnie na zewnątrz. Otwierają się drzwi, przy których stoi uzbrojony strażnik. Wychodzę, przekonany, że klawisz idzie za mną. Ale go nie ma. Odwracam się i go wołam. Jesteś wolny, oświadcza. Wychodzę na ulicę. Powoli idą na pobliski dworzec. Myślę sobie: wypuścili, bo mija 48 godzin, ale za chwilę mnie zatrzymają by mogli zacząć kolejne 48. Oglądam się za siebie. Nikogo nie widzę. Kupuję bilet do domu. Wychodzę z dworca i idę na pobliską pocztę. Dzwonię do pracy i proszę mego szefa, żeby powiadomił po pracy żonę, że wyszedłem, ale przypuszczam, że znowu mnie zwiną. Wracam na dworzec. Wychodzę na peron. Idę na jego koniec i siadam na ławce. Myślę, że gdy będę widział, że do mnie podchodzą będę mógł prysnąć na inny peron przez tory, a stamtąd dalej. Miejsce na ławce zajmują trzy nie wyglądające w żaden sposób na „smutne” dziewczyny. Jedna z nich mówi: Słyszałyście, że Breżniew umarł. Myślę sobie: chyba jednak się przekręciło. Spokojniej wsiadam do pociągu i wracam do domu. Wieczorem odwiedza mnie mąż Ireny Jóźwickiej, Wiesław. Mówi, że Renia i trzy inne osoby z zatrzymanej wspólnie grupy kilkunastu pracowników BESELU w areszcie pozostały i mają prokuratorską sankcję. Wtedy dopiero zaczynam mieć pietra. Zastanawiam, się czy nie założono mi w domu jakiejś pluskwy. Po dwóch, czy trzech dniach docierają do mnie koledzy. Pytają, czy nie napisałbym jakichś tekstów do KORNIKA, bo wydawanie tej właśnie zakładowej gazetki, jest powodem aresztowania. Mają oryginalny stempel, którym odciskano tytuł, a pojawienie się następnych numerów, może ich zdaniem pomóc aresztowanym. Nie odmawiam. Oferuję przygotowanie tekstów, ale bez przygotowania matryc i druku. To załatwią sami. Dwie z aresztowanych osób, Marysia Uchto i Adam Staszczuk, zwolnione zostają przed Sylwestrem. Irena Jóźwicka i Ryszard Mnich przebywają w areszcie do lutego. Ich proces odbywa się w opolskim sądzie wojskowym. Byłem chyba na dwóch z pięciu bodaj rozpraw. Moja relacja z nich ukazuje się w KORNIKU.

            Ta największa w Brzegu wpadka (18 osób zatrzymanych tego samego rana) nastąpiła, jak wynika to z oficjalnych dokumentów z powodu doniesienia złożonego przez nieżyjącego już Mirosława Dziewę. Nieistotne chyba dzisiaj są już okoliczności, jakie go do tego skłoniły. Istotne w tej sprawie jest to, że mimo wysiłku esbecji nie udało im się ustalić istnienia kierownictwa podziemnych struktur związkowych i prowadząca sprawę prokuratura wojskowa musiała lub mogła w związku z tym umorzyć śledztwo w stosunku do pozostałych wówczas zatrzymanych.

 

            I kto tu nie chce współpracować?

 

            Po 1 Maja 2003 roku w słuchawce telefonu na mym biurku rozległ się głos kadrowej. Panie Andrzeju proszę zgłosić się na komendzie na ulicy Robotniczej. Odpowiadam, że ci panowie wiedzą w jaki sposób można spowodować mą obecność w tym miejscu. Wystarczy przecież odpowiedni papierek, a nie wysługiwanie się pracownikami BESELU. W kolejny roboczy dzień, gdy zbliżam się do bramy zakładu, dostrzegam milicyjną nyskę. Na portierni zatrzymują mnie milicjanci, choć papierka na to znów żadnego bodaj nie mają. Sytuację obserwują inni wchodzący gremialnie o tej porze pracownicy. Nyska jedzie na Robotniczą.

Tam jakiś nieznany mi esbek zaczyna dopytywać, co mi wiadomo o kradzieży sprzętu nagłośnieniowego z Fabryki Cukierków. Odpowiadam, że powinien doskonale sobie zdawać sprawę z tego, że nic z tym nie mam wspólnego, a zatrzymano mnie dla zupełnie innej przyczyny. Esbek nie wykazuje żadnej gorliwości w próbie ustalenia tej przyczyny i ordynuje mi nockę w milicyjnym areszcie. Na następny dzień spotykam się z zakładowym opiekunem SB Jerzym Lewandowskim, byłym pracownikiem BESELU. Człowieka znam dość długo, a w okresie, gdy studiował jako „przodujący robotnik”, zbierał w mym biurze materiały do pracy dyplomowej o systemie remontowym odlewni. Korzystając z tego faktu zaczynam ostro. Wylewam swe pretensje o to, że owa znajomość nie objawiła się choćby słowami „dzień dobry”, gdy któregoś dnia, wsiadałem pod mym domem do milicyjnej nyski, a on siedząc na przednim siedzeniu, nie odwrócił nawet głowy. Pytam po co denerwują ludzi takim spektakularnym zabraniem mnie z portierni zakładu, skoro mógłby korzystając z naszej znajomości przyjść do biura, albo nawet wprosić się do mego domu. Postawiłbym kawę lub herbatę i moglibyśmy sobie pogadać. Esbek jest wyraźnie podenerwowany. Próba zapalenia papierosa kończy się wymknięciem zapalniczki z roztrzęsionych rąk. W końcu wypuszcza mnie do domu. I tak straciłem szansę zostania TW.

 

            Skąd ta białorękawiczność?

 

            Pod koniec września 2002 roku kadrowa doręcza mi wypowiedzenie umowy o pracę. Ponieważ pismo nie podaje żadnej przyczyny, zapisuję się w sekretariacie na rozmowę z dyrektorem. Przyjmuje mnie naczelny Alojzy Malec. Oświadcza, że zwalnia mnie z powodów politycznych. Replikuję, że takiej przyczyny kodeks pracy nie przewiduje i niewątpliwie dyrektor przegra w związku z tym w Terenowej Komisji Odwoławczej d/s pracy, która wówczas pełniła rolę sądu pracy. Dyrektor oświadcza, że prędzej mu kaktus na dłoni wyrośnie, niż ja wrócę do pracy. By wytrącić możliwość zmiany przyczyny składam podanie o przeniesienie na odlewnię w charakterze zalewacza form ciśnieniowych, wiedząc, że zapotrzebowanie na to stanowisko ciągle jest obecne w ówczesnym Urzędzie Zatrudnienia. Wypowiedzenie wywołuje reakcję pracowników służb remontowych. Żądają spotkania z dyrektorem i komisarzem wojskowym. Takie spotkanie odbywa się w ówczesnej stołówce. Siadam sobie w ostatnim rzędzie i słucham. Komisarz wojskowy peroruje: Bo wiecie ta ekstrema to w białych rękawiczkach działa i w związku z tym musimy zwolnić inżyniera Ogonka, mimo, że to dobry fachowiec. Nie wytrzymuję i zgłaszam chęć zabrania głosu. Przedstawiam się komisarzowi, który jakoś nie znalazł wcześniej czasu na spotkanie z ekstremistą i pytam go jak to jest, że kraj jest w potrzebie, a oni dobrych fachowców, jak sam to powiedział z pracy zwalniają. Obecni na zebraniu dokładają. Pytają, dlaczego odbywają się demonstracje siły WRONY w postaci choćby przejazdów zwartych jednostek wojskowych, pochłaniających tak wiele brakującego w kraju paliwa. Efektem spotkania jest zwolnienie mnie z obowiązku świadczenia pracy do końca okresu wypowiedzenia, czyli inaczej mówiąc zakaz wstępu do zakładu. Termin tych wydarzeń zbiegał się z podjętą przez WRONĘ inicjatywą przeprowadzenia w Sejmie delegalizacji NSZZ „SOLIDARNOŚĆ”, której działalność formalnie została jedynie zawieszona dekretem o stanie wojennym. Być może ten fakt, a być może i widoczny niepokój w samym zakładzie spowodowały to, że po kilku dniach w sekretariacie BESELU otrzymałem pismo o treści: Przychylam się do wniosku Egzekutywy KZ PZPR z dnia 8.X.1982 r. i z dniem 11.X.1982 r. przywracam Obywatela do pracy z zachowaniem dotychczasowych warunków umowy o pracę. Zamaszysty podpis uwiarygodniony pieczątką złożył na piśmie niedoszły hodowca kaktusów na dłoni, Alojzy Malec.

                                                                                              Andrzej Ogonek